wtorek, 4 września 2007

Przystanek Bangkok!

Podążając śladami Trenera, wybrałem się do Tajlandii aby upewnić się w imieniu Fundacji Brandsa, że wyprawa szkoleniowa rozwija się bez przeszkód. Zanim dotarłem jednak na wyspę Samui, postanowiłem zrobić tygodniowy przystanek w jednej z najciekawszych metropolii południowo-wschodniej Azji. Zatrzymałem się w Bangkoku, zwanym również miastem, które nigdy nie zasypia. I rzeczywiście. Niemal bez wytchnienia, w dzień i w nocy, wielopasmowymi arteriami z hukiem przejeżdżają tysiące samochodów, motocykli, autobusów i ciężarówek. W tej ogromnej aglomeracji mieszka ponad 10 milionów ludzi i często można odnieść wrażenie, że wszyscy gdzieś pędzą na złamanie karku.

Mimo wielkiego natężenia, ruch jest bardzo płynny, a Tajowie są przy tym bardzo spokojni. Przez cały tydzień nie widziałem ani jednego wypadku, ani jednej stłuczki, które ciągle zdarzają się w Polsce. A pojazdów jest tutaj kilkanaście razy więcej niż w największym mieście naszego kraju. Myślę że przeciętny polski kierowca musiałby wypić silne ziółka uspokajające zanim wyruszyłby samochodem na podbój Bangkoku. Najbardziej brawurowi są tutaj kierowcy motocykli, jeżdżący po trzech koło siebie jednym pasem, wyprzedzający się gwałtownymi skrętami i wciskający się w każdą przerwę między innymi pojazdami. Nieuchronnym skutkiem ubocznym tak intensywnego ruchu jest poważne zanieczyszczenie miasta - zarówno spalinami, jak i hałasem. Wiele osób porusza się po drogach Bangkoku w maseczkach ochronnych na twarzach. Na hałas nie ma żadnej rady. Tajowie z upodobaniem jeżdżą przerobionymi pojazdami bez tłumików i wyciskają z silników wszystko co się da, aż ziemia się trzęsie.

Mimo ulicznego zgiełku, Bangkok ma swoje wielkie uroki. Przez serce miasta przepływa rzeka Chao Praya, po której poruszają się dziesiątki łodzi, promów i barek. Podróżowanie łodzią po Bangkoku najbardziej przypadło mi do gustu. Wzdłuż rzeki znajduje się wiele miejsc wartych odwiedzenia. Świątynie buddyjskie, dawny pałac królewski czy wszechobecne pchle targi, wszystko razem powoduje, że w Bangkoku nie sposób się nudzić, a zmysły są nieustannie atakowane kolorami, dzikimi zapachami, dźwiękami.

Wszędzie można się też natknąć na kluby Muay Thai, powciskane w najdziwniejsze zaułki. Szkoda że w naszych stronach nie powstała żadna tradycyjna sztuka walki, która mogłaby urosnąć, tak jak w Tajlandii, do rangi dyscypliny narodowej...

Jeśli chodzi o jedzenie, miłośnicy orientalnych potraw i ostrych przypraw nie mogą tutaj narzekać, choć podobno niejeden europejczyk już po miesiącu codziennych tajskich curry, piekielnie ostrych sałatek i zup, w których pływają egzotyczne warzywa i owoce morza, zaczyna marzyć o zwykłej bułce z masłem.

W trwającej obecnie porze monsunowej nad Bangkokiem wiszą ciężkie, ołowiane chmury, z których w każdej chwili może lunąć deszcz. Ulice zamieniają się wtedy w rwące potoki, a woda leje się godzinami z nieba, jakby już nigdy nie miało przestać padać. Ulewa to jednak wspaniałe orzeźwienie - powietrze się oczyszcza, a temperatura spada, przynosząc ulgę po wielogodzinnym upale.

Intensywność wrażeń w Bangkoku jest tak wielka, że już po kilku dniach można poczuć znużenie i zapragnąć ciszy i spokoju. Dlatego też z przyjemnością wsiadłem do samolotu na Samui i po niecałej godzinie lotu ujrzałem całego i zdrowego Trenera, który wyjechał po mnie na lokalne lotnisko. O wrażeniach z Samui i kolejnych doświadczeniach Trenera dotyczących Muay Thai już wkrótce!

1 komentarz:

Pozer pisze...

Dziękujemy za przepiękny opis. No cóż, nie bez przyczyny śpiewają "one night in Bangkok and a brave man's humble"... czy jakoś tak. ;]
Świetnie też, że Trener wreszcie będzie miał z kim pogadać. Notoryczne szczekanie bądź przypominanie sobie angielskiego musi być uciążliwe...