czwartek, 2 sierpnia 2007

Dzień 1: Wielka wyprawa rozpoczęta!

Po wspaniałym, choć pełnym obowiązków obozie treningowym na Podbeskidziu, kilku dniach ekspresowych przygotowań i tysiącu pozałatwianych spraw, przyszło dzisiaj Trenerowi zmierzyć się twarzą w twarz z przygodą, rzucającą swe zuchwałe wyzwanie.

Kiedy rano zerknął w lustro, przygoda spojrzała mu prosto w oczy i przemówiła bez ceregieli: "Trenerku, nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale już za kilka chwil jedziesz do Warszawy, wsiadasz w samolot i po krótkiej przesiadce w Monachium, lecisz 9.000 kilometrów do Bankgoku, a następnie na Koh Samui - jedną z najpiękniejszych wysp Królestwa Tajlandii, aby trenować przez dwa miesiące w tamtejszej szkole Muay Thai!".

Niejednego twardziela by zamurowało, więc nie dziwota, że Trener był dziś od rana mocno zaaferowany nadchodzącą podróżą i po stokroć sprawdzał czy spakowane ma już absolutnie wszystko. A były tego aż dwie wielkie walizy, pełne ubrań, sprzętu treningowego, suplementów i innych niezbędnych rzeczy. Wyruszyliśmy o 11:30. Niecałe pół godziny później Trener zaczął nerwowo przetrząsać swój plecak w poszukiwaniu paszportu. Ten jednak odnalazł się po chwili i uspokojeni mogliśmy jechać dalej.

Na lotnisko dotarliśmy bardzo szybko, a hala odlotów była zadziwiająco pusta. Mogliśmy przystąpić do odprawy biletowej. Kiedy jednak położyliśmy walizy na wagę, okazało się, że bagaż jest znacznie cięższy, niż na to zezwala bilet, zaś za każdy jeden kilogram nadbagażu musielibyśmy dopłacić astronomiczną kwotę 180 złotych!


Trzeba więc było bagaż odchudzić, co nie obyło się bez przygód. Powyjmowane na wierzch tarcze treningowe, rękawice, skakanki i inne akcesoria przyciągnęły wiele ciekawskich spojrzeń. Kiedy jednak z jednej z toreb wysypała się odrobina suplementu w postaci żółtawego proszku, ludzie zaczęli łypać oczami z niepokojem. Cóż to za podejrzana substancja? Wkrótce było jednak po wszystkim i Trener spakowany w jedną dużą walizę otrzymał kartę wstępu na pokład samolotu.

Po krótkim odpoczynku w lotniskowej kawiarni nastąpiły pełne emocji chwile pożegnań i po chwili Trener zniknął za bramkami kontroli paszportowej, pozostając sam na sam z przygodą.

Nam zaś pozostaje trzymać kciuki i czekać na kolejne wieści z wyprawy! :-)

1 komentarz:

Pozer pisze...

Hmm... no tak... dlaczego się nie dziwię, że wyprawa trenera już na wstępie obfita była w przygody? :D
No i półtonowe torby podróżne... mógłbyś pominąć nazwisko i imię, a ja i tak bym wiedział, o kim mowa ^_^'
Piotr Ptaszek