niedziela, 5 sierpnia 2007

Dzień 4: Ong-Bak jest tu u mnie na co dzień

Nawiązaliśmy wreszcie kontakt internetowy z Trenerem, mamy więc pierwsze sprawozdanie z wyprawy. Na początek kilka słów o przyjeździe na miejsce:

Dojechałem szczęśliwie, choć w wielkiej gonitwie, bo na przesiadki miałem około 30 minut, więc jazda była niezła. Gdy doleciałem na miejsce, niestety Alex z obozu nie wyjechał po mnie, bo pomyliły mu się dni. Zmuszony więc byłem wziąć taxi. Na miejscu przywitał mnie Alex, przepraszając za pomyłkę, po czym zaprowadził mnie do domku, w którym idzie się rozpuścić i wpaść można w klaustrofobię. Po chwili rozmowy doszliśmy do tego, że to nie to. Trafiłem więc do mojego miejsca zakwaterowania tuż przy ringu i salce, gdzie się trenuje. Warunki już lepsze - położyłem się i padłem.
Brawo za czujność! Nie chcielibyśmy przecież aby Trener się nam rozpuścił albo dostał klaustrofobii :-) Teraz co nieco o treningach:
Wczoraj zaczęły się zajęcia, ale noga niestety dokucza. Trochę za bardzo ją obciążam, więc muszę uważać. Trenuję codziennie od 17:00 do 19:00 oraz poniedziałki, środy i piątki prywatnie od 11:00 do 12:00 rano. Na razie nie chodzę na treningi od 7:00 do 9:00 ze względu na nogę, aby nie przegiąć - w końcu to złamanie.
...no właśnie! Zapomnieliśmy wspomnieć (dla niewtajemniczonych), że Trener zabrał ze sobą z obozu na Podbeskidziu małą pamiątkę - lekko złamany mały palec u nogi (podobno za sprawą psa Shoguna). Trochę się niepokoimy... przed Trenerem przecież jeszcze ponad 80 dni wyprawy! Z drugiej strony pokusa trenowania przez cały czas jest wielka:
Treningi diabelnie ciężkie, ale na bardzo wysokim poziomie. Wyszkolenie Tajów niesamowite, a atmosfera miejsca magiczna. Jest ciągle gorąco i w ogóle nie pada. Trenuję z ludźmi, którzy stoczyli po kilkaset walk. Ludzie z całego świata, więc język angielski z dnia na dzień musi być coraz lepszy. Plaża i ocean jak z bajki, a Tajowie serdeczni. Ong-Bak jest tu u mnie na co dzień.
Miejmy więc nadzieję, że dzięki mniejszej liczbie treningów na początku oraz koncentracji głównie na technikach ręcznych, palec u nogi się wkrótce zrośnie i będzie możliwe trenowanie pełną parą. A na koniec pożegnanie w tajskim stylu:
Pozdrawia Nok Siu Kao - Biały Wojownik!
My również pozdrawiamy Białego Wojownika i czekamy na obiecane zdjęcia! :-)

1 komentarz:

Pozer pisze...

Nok Siu Kao... za dużo van Damma, Trenerze :D
A o palcu to przekłamanie, Trener tylko przygotowywał się do walki z rzeczonym Shogunem (bestia o nadludzkiej sile) sposobem Tong Po, w słup kopiąc. :p